|
Kiełbasa z biedronki, sok z biedronki, czemu więc nie książka z biedronki? Szczególnie, że lider naszego rynku księgarskiego - Empik - oferuje najnowszą powieść Dana Browna za 44 zł i 99 groszy a czerwono-żółte sklepy za 25,99. Wydanie (na pierwszy rzut oka) takie samo a różnica w cenie wyraźna. Dziwi mnie bardzo takie podejście dystrybutora/wydawcy. Biedronka w roli księgarni pewnie się nie sprawdzi a podcinanie gałęzi głównemu odbiorcy pewnie nie wpłynie nazbyt korzystnie na kształt współpracy. No ale - nie nasz problem. Co tam więc za te drobne dostaniemy? Dobrą literaturę?
Na początku muszę się określić. Wbrew modzie na rzucanie kamieniami w Dana Browna lubię jego książki. Oczywiście, że nie są równe - o ile "Anioły i demony" czytałem z wypiekami na twarzy, to już na przykład "Kod..." musiałem sobie dawkować, żeby nie przyswajać zbyt wielu (fabularnych) bzdur na raz. Jednak rozrywka za każdym razem była przednia (może z wyjątkiem "Zwodniczego punktu", który mocno odstaje poziomem). Ze sporą dawką intelektualnego zaangażowania, z wieloma wiadomościami, które skorzystały z okazji i wtargnęły w puste rewiry mojego umysłu, z dużą ilością karkołomnych zwrotów akcji i przemian bohaterów. Cóż więcej można wymagać od literatury rozrywkowej?
"Zaginiony symbol" utrzymany jest w tej samej konwencji. James Bond znów wplątany jest w ratowanie świata przed zakusami groźnego szaleńca. A co za różnica, czy facet nazywa się Robert Langdon czy James Bond? A może jednak jest? Obserwując reakcje wielu czytelników na przykład "Kodu..." mam wrażenie, że gdyby autor wsadził swojego bohatera w Aston Martina, otoczył go rojem lasek i dał mu zegarko-koparko-zapalniczko-rowero-komputero-wodolot (taki miniaturowy - składany) to wszyscy przyjęliby go ze zrozumieniem. Ale jeśli Langdon jest profesorem Harvardu, to momentalnie wszyscy oczekują, że książka będzie fabularyzowanym przewodnikiem dokumentalnym po zagadkach świata. Aż się boję co będzie gdy tłumy wypasionych intelektualnie Amerykanów wpadną z egzemplarzem "Zaginionego symbolu" do Kapitolu i w inne miejsca opisane w książce. Ruch uliczny w stolicy USA jest naprawdę zagrożony. Z resztą - nie tylko uliczny. Obawiam się totalnego zablokowania miasta. Że też sama Osama na to nie wpadła :)
Wracając do tematu - akcja najnowszej rzeczy dzieje się właśnie w Waszyngtonie, gdzie jesteśmy prowadzeni zielonym szlakiem turystycznym zwanym przez miejscowych skautów - Szlakiem Masonerii Amerykańskiej. Jeśli przymkniemy oko na (jak zwykle) taką sobie fabułę, to dostaniemy łatwą do przełknięcia dawkę wielu ciekawych informacji na temat filozofii, historii i głównych postaci światowego ruchu wolnomularskiego. Dla mnie to wystarczający pretekst. 600 stron przemknęło przed moimi oczyma w tempie InterCity (szczególnie gdy już zmierza do Warszawy z zadaniem dostarczenia słynnego włoszczowianina na posiedzenie sejmu). Może nie jest to Literatura, ale na pewno godna rozrywka na kilka wieczorów.
Moja ocena 4,5/6 |